Kilka refleksji wokół terapii uzależnień


Zdecydowana większość pacjentów uzależnionych, a niektóre badania wskazują, że nawet 100 procent, doświadczyło w dzieciństwie traum w relacjach z innymi. To potwierdza również moja praktyka – 100 proc. moich pacjentów to osoby, które w dzieciństwie były nadużywane, ośmieszane, wykorzystywane, traktowane bardzo ambiwalentnie – od uwielbienia po odrzucenie. Uzależnienie jest reakcją na te dawne doświadczenia, w których nie można było uzewnętrznić swoich emocji, poczuć się bezpiecznie. Dopiero substancja czy kompulsywna czynność dają to bezpieczeństwo.

Takie rozumienie uzależnienia przekłada się  na moją praktykę terapeutyczną. W związku z tym uzależnienie to próba uzupełnienia deficytowych obszarów związanych z więzią. Aby osoba mająca te deficyty i traumy mogła wyrazić siebie i zaufać znowu drugiemu
człowiekowi, musi uzyskać wgląd w tę relacyjność, w swoje mechanizmy obrony przed bliskością, w trudność w budowaniu związków z innymi. Natomiast drugi obszar pracy wiąże się z wyregulowaniem emocji i napięcia, żeby przeżywane emocje mogły być dla danego
człowieka możliwe do zniesienia, żeby już nie musiał ich rozładowywać za pomocą substancji.  Teoria mentalizacji mówi, że to wyregulowanie emocji możliwe jest jedynie w kontakcie.

Badania nie pokazują różnic w skuteczności terapii indywidualnej i grupowej. W kontakcie indywidualnym też można przepracować traumy i problemy związane z więzią. Natomiast ja jestem zwolenniczką pracy grupowej, bo w grupie dzieje się więcej, ludzie są różnorodni, można odtworzyć całe spektrum emocji, jakie pojawiają się w relacjach. Większa jest też wzajemność. Jako psychoterapeuta indywidualny wielu rzeczy nie powiem pacjentowi, współpacjenci w grupie nie mają tego problemu. Dlatego praca w grupie jest bogatsza, daje więcej możliwości terapeutycznych, okazji do tego, aby każdy z pacjentów dotknął swoich deficytów, konfliktów, rozpoznał je i przepracował. Wszystko jednak zależy od tego, na co się umówimy, na jakim poziomie pracuje grupa. W przypadku grupy osób uzależnionych ważne jest coraz głębsze poznawanie swojej sfery emocjonalnej i doświadczanie tych uczuć, również poprzez rozpoznawanie doznań z ciała,
zmniejszenie lęku przed przeżywaniem silnych emocji. To jest jeden z naszych celów. Drugi związany jest z relacjami – poznajemy nasze mechanizmy ochronne przed zbliżeniem się i zaufaniem drugiemu człowiekowi. Patrzymy na to z trzech perspektyw – po pierwsze relacji
w grupie, tu i teraz, potem relacji w obecnym życiu każdego pacjenta, a na końcu, z perspektywy zaburzenia relacji, które dokonało się gdzieś we wczesnym dzieciństwie. W to wszystko oczywiście włączone jest też badanie funkcji, jaką substancje spełniały czy wciąż
spełniają w życiu emocjonalnym i relacyjnym pacjentów.

Bycie trzeźwym na samej sesji jest bezdyskusyjne. Ktoś mądry powiedział: Grupa pracuje, zanim jeszcze zdąży się spotkać. Tutaj jest podobnie. A obecność fizyczna stanowi element regulacji emocji, bardzo silny. Jednak nie oznacza to, że na sesjach przed komputerem (do których obecnie jesteśmy zmuszeni) mniej się dzieje pod względem psychoterapuetycznym. Mam już za sobą spotkania online, na których
pacjenci otwierali się, płakali, wylewały się z nich emocje. Pacjenci też mają taką mądrość, że, aby trochę zwiększyć tę bliskość i bezpośredniość, częściej mówią do siebie po imieniu. Terapeucie może też pomóc częstsze odwoływanie się do doznań z ciała. Warto też pamiętać, że niektórym pacjentom ta odległość pomaga się odsłonić, czują się bezpieczniej – i to jest też kolejny kawałek do pracy psychoterapeutycznej. A przecież mamy do czynienia z kimś, kto trud bycia w relacji, emocji w relacjach regulował za pomocą substancji. Oczywiste jest, że u tych osób napięcie będzie rosło, a wraz z nim potrzeba wyregulowania piętrzących się emocji. Jeżeli my te osoby zostawimy samym sobie, wrócą do najskuteczniejszych sposobów, jakie znały dotychczas. A terapia może naprawdę pomóc w zmniejszeniu napięcia generowanego przez sytuację.

Oczekiwanie na „normalność” jest bardzo męczące, a jeszcze zapewne potrwa. Z czasem prowokuje kolejne kryzysy, otwiera stare traumy, bo sytuacja staje się „nie do wytrzymania”. Tak jak kiedyś. „Czekanie” wiąże się często z odtworzeniem pierwotnych reakcji, dysocjacji, paraliżującego lęku i depresji przy przedłużającym się napięciu i braku wsparcia. Adaptacja znaczy „trzeba przetrwać”. W wielu domach dziś ten proces ma miejsce. Ale do czasu, bo coraz mniej naturalnych możliwości regulacji emocji i zadań, które stanowią treść życia, a coraz więcej lęku zamiast nich. W tych okolicznościach rejestrujemy więcej przemocy, wzrasta sprzedaż alkoholu, leków, pornografii… Czekanie na
normalność utrwala te schematy. Peter Levin mówił, że trauma to nie zewnętrzne wydarzenie, ale to, co pozostaje w człowieku po tych wydarzeniach, jeśli zabrakło empatycznego świadka. Dziś mamy do czynienia z nakładającymi się na siebie traumatycznymi zdarzeniami. Od
terapeutów zależy, jak wielu pacjentów  będzie miało taką możliwość i będzie  mogło ich skutki niwelować a być może w tych szczególnych warunkach je leczyć. Problemy, które się ujawniają wprost, odwołują się do pytań egzystencjalnych: sensu, celu życia, zrozumienia swojej przeszłości, aktualnych wyborów, winy, zagubienia, pustki, przygniecenia  odpowiedzialnością, życiowych pomyłek, pytania „kim jestem?”, co dalej, przemijania, obaw przed przyszłością, braku czasu i strat, zmiany życiowych ról, sytuacji upokorzenia (w pracy). Napięcie pojawia się tam, gdzie rodzi się potrzeba uporządkowania i zrozumienia samego siebie. Pacjenci potrzebują również pomocy i korekty swoich zachowań, jakiejś nowej kompetencji, tak aby mogli przetrwać lub się ochronić, narzędzi, jak sobie radzić z presją rodziny i szefów. Potrzebują, aby towarzyszyć im w lęku, czasem wyjaśnienia, konkretnej wiedzy i rady, wsparcia z sesji na sesję. Mówią do nas jak do kogoś bliskiego, kto rozumie ich codzienność, zna bliskie osoby. To sprzyja uzyskiwaniu odpowiedzi na najważniejsze pytania.

Dla wielu pacjentów kryzys może się stać doświadczeniem granicznym prowadzącym do głębokiej zmiany. Sprzyja temu w bardziej zaawansowanych procesach rozpoznawanie „o czym to wszystko jest”? Odpowiedź otwiera drzwi do wielu faktów z życia, również bólu, które można przywołać do „tu i teraz”, rozpoznać ich trwogę, przywołać wartości. Rozmawianie o nich z terapeutą staje się doświadczeniem korekcyjnym. Nie trzeba tu zwykle wielkich interwencji, wystarczy obecność. „Coś dzieje się inaczej”, inaczej jest to w relacji doświadczane, inaczej również teraz (w trakcie sesji) gdzieś  w sieciach neuronalnych „zapisywane”. Do tych bolesnych historii często nikt nie miał dotąd dostępu, były głęboko chronione, a ten wirus je „nam” przybliżył. Dziś w tak budowanej otwartości proces terapii mocno się dynamizuje i jest wartością.

Autor:

Sylwia Dziedziczak-

pedagog, specjalista terapii uzeleżnień,

psychoterapeuta par i rodzin,